Untitled Document
Godności - zwolnienia - nominacje - inne

Ks. Marek Łabuz
Tarnów

Ks. Wojciech Zygmunt - kapelan partyzantów - (5.03.1911 - 6.08.2002)

Wojciech Zygmunt był synem Jana i Marii z domu Plata. Urodził się 5 marca 1911 r. w Gaboniu. Pochodził z bardzo biednej i wielodzietnej rodziny - miał dziesięcioro rodzeństwa. Początkowo uczęszczał do szkoły podstawowej prowadzonej w tzw. Ochronce przez Siostry Służebniczki w Gaboniu. Ponieważ był bardzo uzdolniony, siostry przeniosły go po kilku tygodniach do drugiej klasy. Widząc jego zdolności i chęć do nauki ciocia wysłała go do szkoły podstawowej do Starego Sącza. Tam okazało się, że, niestety, musi powtarzać drugą klasę, bo miał spore braki. Zaległości w nauce wynikały z faktu, że nie miał czasu na naukę, ponieważ musiał ciężko pracować w gospodarstwie, aby "odrobić" koszty nauki w szkole, które wynoszące ok. 100 zł. rocznie. W Starym Sączu ukończył 3-letnią szkołę podstawową i przeniósł się do klasycznego gimnazjum im. J. Długosza w Nowym Sączu. W sądeckim gimnazjum bardzo lubił uczyć się języków: łaciny, greki i niemieckiego. Potrafił na bieżąc, bezbłędnie, tłumaczyć czytającemu profesorowi teksty z niemieckiego i greki. Po czterech latach nauki przeniósł się do I Gimnazjum w Tarnowie i równocześnie wstąpił do Małego Seminarium. Po złożeniu egzaminu dojrzałości w 1930 r. w Tarnowie w I LO wstąpił do Seminarium Duchownego. Od tego roku studia filozoficzne i teologiczne w seminarium zostały wydłużone i trwały nie 4, ale 5 lat. Zygmunt był bardzo dobrym klerykiem tak pod względem nauki, jak i życia duchowego (choć sposób jego rozmów, jak wspominali jego koledzy był nieraz aż za bardzo cięty). Święcenia kapłańskie po pięciu latach studiów przyjął 29 czerwca 1935 r. z rąk bpa Franciszka Lisowskiego.

Po święceniach, od 1.08.1935 r., pracował jako wikariusz w Moszczenicy. Jego pierwszym proboszczem był ks. Ignacy Dziedziak. Po roku pobytu w parafii ks. Zygmunt został wraz z kolegą, ks. Stefanem Jasicą, skierowany na studia do Włoch. Ponieważ nie było go na nie stać ks. proboszcz sprzedał część żywego inwentarza, aby sfinansować jego studia. Niestety, wybuchła wojna i studiów nie rozpoczął. Od 18.04.1941 r. ks. Wojciech pracował na placówce w Szczawnicy. W czasie pobytu na tej parafii, mimo trudności związanych z okupacją niemiecką, z wyróżnieniem zdał konkurs proboszczowski. Od 2.09.1941 r. był wikariuszem w Przyszowej. Dnia 12.05.1942 r., po aresztowaniu przez Niemców proboszcza ks. Michała Matrasa został administratorem parafii Szczawnica, którym był prawie trzy lata. Dnia 13.10.1945 r. został mianowany proboszczem w Żegiestowie. Tam został aresztowany przez UB, więziony w Nowym Sączu, w Krakowie, a następnie po procesie i kompromitującym ówczesne władze komunistyczne wyroku, trafił do więzienia o zaostrzonym rygorze we Wronkach, gdzie przebywał w latach 1949-1953. Po tym tzw. urlopie w pracy duszpasterskiej przez 28 lat tj. od 18.09.1953 r. do 7.08.1981 r. był proboszczem w parafii Ochotnica Dolna. W latach od 1977 do 1981 r., pełnił obowiązki wicedziekana dekanatu Krościenko. Na emeryturę przeszedł 7 sierpnia 1981 r. i zamieszkał na terenie parafii Ochotnica Dolna. Po czterech latach rezydowania i pomagania w pracy duszpasterskiej 1 września 1985 r. przeniósł się do parafii w Woli Mędrzechowskiej, do swojego kuzyna ks. Wojciecha Zygmunta, gdzie przebywał w charakterze rezydenta przez 12 lat. Gdy staraniem ks. prałata Zygmunta Zimowskiego (obecnie biskupa radomskiego) w Kupieninie został wybudowany Dom Pogodnej Starości od 1 września 1997 r. zamieszkał w nim i z wielkim oddaniem pełnił funkcję kapelana Sióstr i pensjonariuszy w Kupieninie. Zmarł 6 sierpnia 2002 r. w Kupieninie. Został pochowany na cmentarzu parafialnym w Gołkowicach. Uroczystościom pogrzebowym przewodniczył bp Jan Styrna.

Ks. Wojciech był nie tylko gorliwym kapłanem, ale także gorliwym patriotą. W czasie wojny pełnił funkcję kapelana partyzantów na okręg podhalański, nowosądecki, krynicki i szczawnicki. Z tego powodu ze strony władz komunistycznych spotykały go po wojnie prześladowania, więzienie i w konsekwencji utrata zdrowia. Będąc administratorem w Żegiestowie pełnił funkcję kapelana partyzantów AK stacjonujących w lasach Przehyby i Gorców. Odprawiał dla nich Msze św., głosił słowo Boże, spowiadał. Po wkroczeniu wojsk radzieckich do Polski, władze komunistyczne wezwały partyzantów do ujawnienia się i oddania broni. Wielu partyzantów uczyniło to, uważając, że dalsze skuteczne stawianie zbrojnego oporu jest nierealne. Partyzanci z rejonu Sądecczyzny, składając broń jak wspomina ks. Wojciech, "byli bardzo przygnębieni, niektórzy płakali, bo ich pełna ofiary walka nie przyniosła wolności Ojczyźnie".

Niedługo po rozbrojeniu oddziałów partyzanckich zaczęły się prześladowania i więzienia członków ruchu oporu. Dotknęły one wielu kapelanów AK, w tym także ks. Wojciecha, którego aresztowanie tak wspomina jego bliski przyjaciel, bp A. Małysiak: "Ks. Wojciech Z. został zabrany z parafii w Żegiestowie przez UB. Próbował uciekać, ale mu się to nie udało. Został skazany na 6 lat ciężkiego więzienia i siedział we Wronkach. Postanowiłem mu pomóc. Udałem się do Warszawy, do najwyższego Sądu Wojskowego, przedstawiając dowody, że ks. Wojciech Zygmunt ukrywał Żydów. Ale sędzia X - Żyd powiedział, że za ukrywanie Żydów powinien dostać medal, ale za przynależność do band otrzymał słuszny wyrok".

Na podstawie relacji ustnych nielicznych jeszcze żyjących osób dotkniętych komunistycznym terrorem oraz świadków udało się piszącemu zrekonstruować przebieg aresztowania, procesu i pobytu w więzieniu ks. Wojciecha Zygmunta. Wśród osób, które zostały aresztowane i skazane w 1948 za pomoc (rzeczywistą lub nie) okazaną "bandzie Gurgacza", znalazł się ks. Wojciech Zygmunt, proboszcz z Żegiestowa. Postać to niezwykle interesująca i barwna, więc trudno się dziwić, że stworzono wokół niej legendę. Więźniowie, którzy spotkali się z ks. Wojciechem Z. czy to na Montelupich, czy we Wronkach, opowiadali o nim z wielkim entuzjazmem. Wiadomości o nim przekazywane z ust do ust ulegały często przeinaczeniom.

Ks. Wojciech Zygmunt był wspaniałym człowiekiem. Miał serce księdza, ale rękę wojownika. Tacy kapłani jak on, czynem i modlitwą towarzyszyli zawsze niepodległościowym walkom naszego narodu. Był wysokim, barczystym mężczyzną. W czasie wojny pełnił funkcję kapelana AK na cały okres podhalański, sądecki, krynicki i szczawnicki (między innymi odprawiał Msze św. na Sewerynówce). Nawet pod koniec swego życia imponował tężyzną fizyczną i siłą ducha, która przejawiała się m.in. w niesamowitym wręcz optymizmie i bardzo pogodnym humorze. Miał opinię uroczego gawędziarza, był po staropolsku gościnny. Będąc gospodarskim synem - był mocno zakorzeniony w ziemi, z której pochodził.

Ks. Zygmunt z perspektywy blisko 60 lat tak wspominał swoje aresztowanie i pobyt w komunistycznym więzieniu: "Zostałem aresztowany 1 września 1948 roku, w Żegiestowie, w nowosądeckim, gdzie podówczas byłem proboszczem. Przyszło trzech cywilów i oświadczyło: . , wykrzyknąłem . odpowiedzieli. Byli wyraźnie zdenerwowani, rozglądali się na wszystkie strony. Zażądałem wyjaśnień. Pokazali mi swoje, ubeckie legitymacje, ale tak żebym nie odczytał ich nazwisk. zapytali i od razu wtargnęli do mojego pokoju na piętrze, aby zrobić rewizję. Wiedzieli, w którym pokoju mieszkam i wyglądało na to, że się bardzo dobrze orientują w układzie mieszkania. Te dokładne informacje mieli prawdopodobnie od dziewczyny Ireny Mastalskiej. Pochodziła z biednej rodziny zamieszkałej w Szczawnicy, w której przedtem byłem proboszczem. Podczas odpustu w Żegiestowie, w czasie którego byli na plebanii profesorowie - ks. Z. Kożuchowski i ks. J. Czuj z Warszawy, przyszła na plebanię pomagać w przygotowaniu uroczystego, odpustowego obiadu. Próbowano mi potem w śledztwie wmówić, że pieniądze, które jej za tą pomoc w kuchni wręczyłem, były pieniędzmi przeznaczonymi dla .

W moim pokoju podczas rewizji ubecy znaleźli pod podłogą (zrywali ją!) cztery puste łuski po nabojach karabinowych. Zrobili z tego potem cały skład broni. Zostałem do auta. Prowadziło mnie dwóch UB-wców, z bronią w ręku. Zanim doszliśmy do samochodu, nawiedziła mnie nieodparta pokusa, żeby uciekać. Plebania była na górce, na szosie zaś, za ostrym zakrętem, stok opadał ostro w dół. Wystarczyło dobrze ich pchnąć i mógłbym zwiewać. Intensywnie, w wielkim zdenerwowaniu zastanowiłem się - w lesie mogli być zaczajeni ich ludzie. Nie dalej jak dzień wcześniej słyszałem strzelaninę w pobliżu... Z ucieczki zrezygnowałem. UB-owcy prawdopodobnie liczyli się z tym, że ktoś może mi przyjść z pomocą, bo zamiast wieźć mnie do Nowego Sącza najkrótszą drogą przez Piwniczną, wzdłuż doliny Popradu, wieźli mnie przez Krynicę, Berest i Nawojową.

W Sączu od razu wzięto mnie na śledztwo. Zwyczajna ubecka sceneria: światło w oczy i kilku ubeków, wrzeszczących jednocześnie. Zarzucali mi, że ukrywałem członka bandy i że byłem w kontakcie z , którą wspierałem materialnie. Wcześniej zastraszona zeznała im, że przyprowadziła do mnie ks. Wł. Gurgacza - do spowiedzi. Odpowiedziałem im, że rzeczywiście przyprowadziła jakiegoś księdza, ale czy to był Gurgacz, nie wiem, bo go nie znałem. Odmówić zaś spowiedzi księdzu nie miałem prawa. Nie dali wiary moim słowom i bardzo chcieli się dowiedzieć, o czym spowiadany przeze mnie ksiądz mówił. Wyśmiałem ich. Wtedy powiedzieli, że będzie konfrontacja z Ireną Mastalską - ale do niej z jakichś powodów nie doszło. Pokazali mi ją tylko z daleka, żebym mógł ją rozpoznać. Do końca pozostałem przy swojej wersji.

Po jakimś czasie zamknęli mnie w pojedynczej celi na parterze i dali dzbanek wody. Wewnętrzne drzwi tej celi, drewniane, nie były zamknięte, bo za nimi znajdowała się krata, a za kratą spacerował strażnik. Siedziałem tam i rozmyślałem, jakby tu wydostać się z matni. Było dobrze po północy, kiedy nieoczekiwanie znalazłem na podłodze gwoździa i zacząłem ostrożnie (kiedy strażnik się oddalał) manipulować koło zamknięcia kraty. Jeden spust puścił, ale dalej szło jak po grudzie. Próbowałem, czy głowa mi się zmieści między kratami, ale niestety nie mieściła się. Musiałem zrezygnować z dalszych wysiłków. Wieczorem następnego dnia znów wezwano mnie na przesłuchanie. Te same pytania i... propozycja: . Propozycja była absurdalna, ale z kpiną w głosie zapytałem, czego się ode mnie spodziewają. Ach, nic wielkiego. Będzie nas ksiądz informował, jakie nastroje panują wśród księży, kto z parafian jest wrogiem nowej władzy i co o niej mówi. Proponowali mi, że będą się spotykać ze mną dwa razy w tygodniu itp. brednie. Chcecie zrobić ze mnie Judasza? O, to się wam na pewno nie uda! Krzyknąłem z oburzeniem i zacisnąłem pięści. Chłop wiadomo jestem nie ułomek, wtedy jeszcze krzepę miałem niezłą, bo przecież sam gospodarowałem na roli, wykonywałem wszystkie najcięższe prace. Oni patrzyli na mnie z nienawiścią, ale i z respektem jednocześnie i jeden z nich wycedził: . Wrzucono mnie do najgłębiej położonej celi na całe 14 (bez kilku godzin) dni. Z początku przeszkadzał mi niemożebny smród, jaki tam się roztaczał, ale powoli się przyzwyczaiłem. Cała posadzka celi pokryta była ludzkimi ekskrementami. Nie było jednego, choćby najmniejszego skrawka, na którym można by usiąść czy stanąć . Miałem tam wtedy dużo czasu na rozmyślanie. Z początku spacerowałem lub opierałem się o lodowato zimną ścianę. Potem nogi zaczęły odmawiać posłuszeństwa, a sen na stojąco nie bardzo pomagał w regeneracji sił, zwłaszcza psychicznych. Byłem wyczerpany. Trudno było utrzymać równowagę, by nie upaść. Dwa razy dziennie otwierały się drzwi, wrzucano mi chleb i dawano trochę wody. Nie miałem ochoty jeść. Te okropne warunki pozbawiły mnie apetytu. Zastanawiałem się ciągle, na czym by tu można było usiąść, ale nadziei na znalezienie czegoś nie było. Któregoś dnia w momencie wrzucania do środka strażnik szerzej omiótł podłogę latarką i zobaczyłem małą puszkę po konserwie. Potem udało mi się znaleźć niewielką deseczkę. Była zbyt cienka, żeby mogła posłużyć za siedzenie, ale miałem przy sobie kilka nie zjedzonych, suchych kromek chleba i te kromki (Bóg mi wybaczy znieważenie darów Bożych) podłożyłem pod nią. W ten sposób mogłem teraz względnie wygodnie usiąść i . Kiedy zasypiałem, budziły mnie przebiegające po nogach szczury. Wytrwałem jednak i nie dałem się ani w dosłownym, ani w przenośnym tego słowa znaczenia. Pierwszą rundę miałem, więc wygraną, do niczego się nie przyznałem, niczego nie mogli mi udowodnić.

Czternastego dnia otworzyły się drzwi karceru i dwóch ubeków z pepeszami poprowadziło mnie do więzienia. Postanowiłem mieć się tam na baczności przed kapusiami, których pewnie, tak przypuszczałem, podrzucą mi do celi. Ku swemu zaskoczeniu zobaczyłem w środku grupę modlących się ludzi. Dopiero, gdy skończyli odmawianie różańca (tajemnice mieli wypisane na ścianie), zwrócili się do mnie i podjęli rozmowę. Zorientowałem się, że to sami porządni ludzie z Armii Krajowej. Opowiedziałem im, jak mnie potraktowano i oświadczyłem, że za wszelką cenę będę się starał uciec. Na to jeden z nich, oficer AK, odezwał się w te słowa: .

Sposobnej chwili do ucieczki szybko się doczekałem. Poprowadzili mnie znowu na śledztwo do budynku UB. Było ich trzech i kiedy znaleźliśmy się w środku zauważyłem, że dwóch weszło do kancelarii, a po chwili ten trzeci, który został ze mną w korytarzu wszedł do pokoju obok. W jednej sekundzie zorientowałem się, że to jest właśnie ta oczekiwana okazja i nie namyślając się ani chwili, rzuciłem pelerynę na poręcz schodów, przeżegnałem się, westchnąłem i zbiegłem po schodach w dół. krzyknął na mój widok strażnik u wejścia i złożył się do strzału. Pomny rady współtowarzyszy więziennych zamierzyłem się ciosem w ucho, ale trafiłem w twarz. Dostał w zęby i upadł jak rażony piorunem. Skierowałem się od razu w stronę rzeki. Pomyślałem, że przepłynę Dunajec i umknę na drugi brzeg. Pobiegłem, więc przez ogrody i to była moja wielka pomyłka. Gdybym uciekał w ulice pełne ludzi, a był to właśnie targowy dzień, trudno byłoby im strzelać w tłum. A w takiej sytuacji, uciekając w pola byłem widoczny jak na dłoni. Drogą, którą biegłem, mało, kto przechodził. Natrafiłem od razu na przeszkodę w postaci siatki z drutem kolczastym. Trudno było przeskoczyć, więc odgiąłem druty od dołu i przeczołgałem się na drugą stronę. Pogoń już była na moim tropie i zaczęła się strzelanina. Goniło mnie trzech ubeków i milicjanci. Chciałem dobiec do położonego trochę dalej wąwozu (znałem dobrze miasto), ale była tam brama, która mogła być zamknięta, więc zdecydowałem się uciekać na tory kolejowe. Zanim zbiegłem w dół, dostałem postrzał w głowę. Kule zresztą już od jakiegoś czasu świstały wokół mnie i podziurawiły mi marynarkę. Biegłem dalej, mimo że krew zalewała mi oczy, ale w pewnym momencie, już za torami, zrobiło mi się słabo i upadłem na ulicy między Dunajcem, a przystankiem autobusowym. Zobaczyłem jakiegoś cywila, który biegł mi naprzeciw i schylał się po kamienie. Zdążyłem ostatkiem sił dobiec i schwycić go za te ręce z kamieniami, ale znów osłabłem i poczułem silne uderzenie w głowę nad uchem. Zemdlałem i już nie wiedziałem, że cała sfora goniących dopadła mnie, kopiąc i bijąc gdzie popadnie. Ocknąłem się w łazience pod wodą, którą byłem obficie zlany. Przy mnie nie było nikogo. Usiadłem na brzegu wanny i ponieważ po chwili znów poczułem, że jestem bliski zemdlenia i wsadziłem głowę pod wodę. Ktoś z nich w tym momencie stanął w drzwiach i patrzył, co robię. Zbiegli się też inni i wszyscy śmiali się krzycząc: . Odwróciłem się do nich rozgorączkowany i wściekły, czułem jak ogarnia mnie furia, krzyknąłem do tego, który najbardziej się dziwował: Odkrzyknął mi: Po jakimś czasie kazali mi z łazienki wychodzić. Trzymali mnie na muszce, a był między nimi także , enkawudzista ich szef. Któryś złośliwie podłożył mi pepeszę pod nogi, o mało się nie wywróciłem. Zlekceważyłem sprawcę i zwróciłem się do ze stanowczym żądaniem, żeby ukrócił zachowanie swojego podwładnego. - krzyknąłem. odszczekał mi tamten. powiedziałem, wściekając się na nich z gniewu. Było mi wszystko jedno, co ze mną zrobią. Ucieczka się nie udała. Byłem dalej w rękach zbrodniarzy, których widok, w moim stanie krańcowego rozdrażnienia, potęgowanego jeszcze kiepskim stanem fizycznym, wywoływał paroksyzmy szaleństwa.

Zawieziono mnie do milicyjnego ośrodka zdrowia, bo pielęgniarka, którą zawezwano do mnie, roztrzęsła się ze zdenerwowania. . Ubecy zorientowali się, że potrzebna mi jest natychmiastowa fachowa pomoc. Któryś z nich powiedział: . Zjawił się więc lekarz, dał mi zastrzyk przeciwtężcowy i kamforę na serce i kazał jechać natychmiast do szpitala. Kiedy mnie wyprowadzali, śledczy ubek zapytał: Ja, ciągle jeszcze w tym nerwowym podnieceniu, zawołałem: Wieźli mnie milicyjną , kilku ich było w środku. Dogadywali mi cały czas. Kiedy przejeżdżaliśmy koło kościoła i się przeżegnałem, ironizowali: . Odpowiedziałem: <Żegnam się, bo tak mnie nauczono w domu, a was widać nie miał, kto nauczyć>. Wtedy ten, który w szoferce zajadał jabłko, obierając je nożem, rzucił w moim kierunku: . , odpysknąłem mu nie pozostawiając dłużnym.

W szpitalu chwilę czekaliśmy i wtedy zobaczyłem się w lustrze, które tam wisiało w korytarzu. Wyglądałem strasznie. Cały zakrwawiony, brudny i posiniaczony, w podartym ubraniu. Wprowadzono mnie do sali operacyjnej i tam stanąłem przed obliczem szefowej szpitala, doktor I. Stuchłowej. Zobaczywszy mnie wykrzyknęła: Była zszokowana. Obok niej stała siostra zakonna, pielęgniarka. Posadziły mnie na stole zabiegowym, a ubeków wyprosiły za drzwi. Poszli posłusznie, a mnie przyszło do głowy, żeby spróbować ponownie ucieczki. Nie zdawałem sobie sprawy ze swojego stanu, wciąż trzymałem się napiętymi do ostateczności nerwami i gorączkowym podnieceniem. Siostro powiedziałem cicho, niech siostra otworzy okno. Spojrzała na mnie ze strachem i... nie spełniła mojej prośby. Widać uznała ją za szaloną, z pewnością bała się także o siebie. Nie mogłem mieć o to żalu. Zresztą zacząłem już nie widzieć na jedno oko, a potem musiałem siedzieć spokojnie, kiedy zszywano mi ranę na głowie i opatrywano inne rany. Kiedy skończyły ze mną, ubecy wpakowali się do środka i chcieli mnie zabrać. Ale pani doktor oświadczyła im stanowczo: . Zadzwonili. Pozwolono mi zostać w szpitalu, ale pilnowano mnie dobrze. Na noszach zaniesiono mnie do sali na II piętrze i położono na łóżku. Był tam jeszcze drugi ksiądz, także więzień, stary i słaby ksiądz Kuc z Dąbrówki. Oskarżony był o świadczenie finansowej pomocy Gurgaczowi. Cały czas koło mnie siedział ubek z bergmanem. W nocy było ich dwóch, a w przedpokoju siedziało dwóch milicjantów. Szepnąłem pielęgniarce, która spisywała moje dane, żeby zostawiła mi niepostrzeżenie kawałek grafitu z ołówka. Zrobiła to i miałem już, czym pisać, gdybym chciał się z kimś porozumieć. Czułem się jednak bardzo źle, gorączka się stale podnosiła. Przy tym nie mogłem w ogóle odpocząć, bo ubecy nie dawali mi oczu zmrużyć. Przesuwając taśmę z nabojami dogadywali: . Odpowiadałem: . Drażniąc mnie w ten sposób, łatwiej znosili swój nudny dyżur. Zresztą dokuczanie mi sprawiało im niekłamaną przyjemność. Miałem tak wysoką gorączkę, że przestałem reagować na ich słowa. Oskarżali mnie potem na rozprawie, że przez całą noc mówiłem o tym, jak to oni mordują księży i palą kościoły. Tłumaczyłem, że byłem w malignie i trudno, żebym zdawał sobie sprawę z tego, co wtedy mówiłem. Sędzia nie uwzględnił ich zeznań.

Na drugi dzień byłem już przytomniejszy i kiedy mój na chwilę się zdrzemnął, ołówkiem zostawionym mi przez pielęgniarkę napisałem karteczkę z prośbą o przysłanie mi cieplejszych rzeczy. Liczyłem się z tym, że mnie posadzą na dłużej. Okazało się, że koło łóżka miałem brewiarz, o który postarały się siostry zakonne. Powiedziałem więc pielęgniarce, że w książce będzie kartka i żeby ją zabrała. Zrobiła to bardzo ostrożnie podczas sprzątania, niby to z wielkim zainteresowaniem oglądając moją książkę. Rzeczy o które prosiłem dostarczono mi do szpitala. O dziwo ubecy nie dochodzili skąd i od kogo nadeszły. Przypuszczali widocznie, że była to inicjatywa sióstr. Niestety pozostałe rzeczy o które prosiłem będąc już w więzieniu nie otrzymałem, leżały w szpitalnym depozycie.

Po tygodniu leżenia byłem już właściwie w niezłej formie, ale lekarze uważali, że trzeba mi jeszcze przedłużyć pobyt o kilka dni. Lekarz, który miał na ręce numer obozowy, zdzierał mi codziennie opatrunek, specjalnie rozrywał ranę i w taki sposób mogłem jeszcze poleżeć i się wzmocnić. Przydało mi się to bardzo, bo zaraz po zabraniu mnie ze szpitala wsadzili mnie do karceru. Śledztwo trwało dalej, ale bez żadnych rezultatów. Lżyli mnie i znieważali, ale ja się nie dawałem. Odpowiadałem im w podobnym duchu, a raz nawet podniosłem krzesło i zamachnąłem się na naczelnika więzienia. Wymagałem dla siebie tej odrobiny szacunku, jaki się należy osobie duchownej i, o dziwo, zmusiłem ich do tego. Tak było i potem, kiedy siedziałem w więzieniu. Pewnego razu prowadzili nas całą grupą do rentgena. I kiedy staliśmy w rzędzie, obnażeni do połowy, strażnicy uderzali każdego po plecach kluczami. Ja wtedy podsunąłem strażnikowi pięść pod nos, ze słowami . Przygotowany byłem na wszystko, ale on odstąpił bez słowa, patrząc tylko na mnie spode łba.

W więzieniu śledczym w Nowym Sączu przebywałem aż do grudnia. Kiedy przyjechał z Krakowa do Sącza wiceprokurator (ze stażem przedwojennym) i zorientował się, w jakich warunkach trzymano mnie w karcerze, oburzył się na śledczego i powiedział: . Pierwszego grudnia była rozprawa w Krakowie. Sędzia, prawdopodobnie płk Więckowski, wyraził się w trakcie przewodu sądowego, że w Sączu miałem do czynienia z najbardziej humanitarnym śledczym. Powołałem się wtedy na słowa wiceprokuratora. mi, że wobec twardych górali na nowosądecczyźnie funkcjonariusze zmuszeni są sięgać po drastyczne metody...

Nie chciałem adwokata, uważałem, że sam się mogę bronić. Jednak moi przyjaciele postarali się, oto żebym miał adwokata (Za pieniądze, które wziął, można było kupić trzy krowy, jako gospodarza, bolał mnie ten zbędny wydatek). W dodatku adwokat okazał się zupełnie do niczego, nawet na rozprawę się spóźnił. A potem bronił mnie tak, jakby zarzuty przeciwko mnie były słuszne i prosił sąd o łagodny wymiar kary (Jaka kara i za jaką winę?!). Poprosiłem tzw. Wysoki Sąd, żeby go odwołał, bo ja sobie nie życzę takiego obrońcy, sam się będę bronił. Miałem takie prawo, przysługiwało mi. Przewodniczący Sądu, po przerwie po zastanowieniu się wyraził zgodę. Adwokat dziwił się i gorszył wielce. Co ksiądz wyrabia, okazywał <święte oburzenie>, ksiądz przykłada sobie nóż do gardła. Byłem nieprzejednany, nie mogłem godzić się na te sądowe ich mistyfikacje, jakie czyniono: . Żeby to, chociaż była prawda! Iluż podsądnych uczestniczących w sądowych farsach, grających narzucone im role, przekonało się o tym poniewczasie. Nie dawałem sobą manipulować. Oskarżenie (I. Mastalskiej), wymuszone w śledztwie (chciała je potem odwoływać w sądzie), nie było żadnym dowodem przeciwko mnie. Jedynym, który mógł powiedzieć prawdę o mnie, że nie byłem był ks. Wł. Gurgacz. Ubecy mi nieraz grozili: . I nie wyszło. Kiedy się potem dowiedziałem, że go złapali, powiedziałem: Śmiali się, ale o żadnej konfrontacji nie było mowy. Zresztą chyba sami nie wierzyli w to, że mogli ks. Gurgacza do czegokolwiek zmusić! I tak, mimo że nie mieli żadnych dowodów, skazali mnie na sześć lat więzienia. Za przechowywanie członka bandy otrzymałem 5 lat więzienia, 1 rok za posiadanie broni (te 4 łuski pod podłogą!) i 2 lata za ucieczkę. Łącznie dali mi 8 lat. Gdyby bowiem dali 5, mogłaby mnie objąć amnestia. Do przechowywania nie przyznałem się, sprawę z wyśmiałem, a w sprawie ucieczki powiedziałem, że po czymś takim jak gnojenie mnie przez 2 tygodnie w karcerze, każdy jeżeli by tylko mógł próbowałby ucieczki!

W więzieniu we Wronkach, gdzie się znalazłem, starano się za moją specjalnie dać mi w kość. Poszła za mną opinia tego, co to i każdy funkcjonariusz uważał się za upoważnionego do prawienia mi morałów z tzw. punktu widzenia etyki katolickiej. Odpowiadałem im wtedy, że były sytuacje, kiedy Chrystus przestawał być pokornym jagnięciem. Opowiadałem o scenie w świątyni z przekupniami, których łoił, aż wióry leciały.

Siedziałem w więzieniu przeszło 28 miesięcy zawsze w tzw. . O mało nie zwariowałem. Kiedy znalazłem się już w normalnej celi, mój wygląd przeraził współwięźniów. W pojedynce, oprócz dojmującej samotności, miałem jeszcze dodatkowe . Co drugi dzień wlewano mi do celi po 10 wiader wody. Musiałem gołymi rękami zbierać tę wodę do wiadra, żeby uniknąć stania w niej po kostki. Puchły mi nogi. Tylko żelazne zdrowie pozwoliło mi to wszystko znieść. Pewnego razu strażnik z udanym współczuciem, kręcąc głową, zwrócił się do mnie: . - zacząłem ja z kolei kiwać głową, Innym razem huknąłem na strażnika tak, że on ze strachu aż przysiadł, ale potem zemścił się na mnie. Tym razem jednak, maltretowany przez niego, zniosłem to wszystko z pokorą chrześcijańską, dziękując Bogu, że mi pozwolił opanować temperament.

Po procesie moi przyjaciele nie zasypiali gruszek w popiele. Szczególnie starał się o moje uwolnienie bp Albin Małysiak. Razem z nim ratowaliśmy w czasie wojny żydowskie rodziny w Szczawnicy. On teraz odszukał córkę jednej z uratowanych przez nas osób, wpływową politycznie (szukał jej po całej Polsce) i razem z nią pojechał do Warszawy do Najwyższego Sądu Wojskowego. Tłumaczyli tam działaczce, że za okupacyjną działalność to ja mogę dostać medal, ale za działalność w należy mi się więzienie. Ponieważ nalegała, zaglądnęli do moich akt i kiedy zobaczyli, że nic mi w sądzie nie udowodniono, wydali polecenie, że w ciągu dwóch tygodni mam być wolny. Ale wtedy nastąpiła istna burza wśród ubeków. Ponieważ o mnie, o tym krążyły już całe legendy, do Warszawy zjechała delegacja UB z Nowego Sącza i z Krakowa. Funkcjonariusze oświadczyli, że jeżeli ja zostanę wypuszczony, to oni nie będą pracować, bo na ich terenie i tak nie jest łatwo, a wtedy to już będzie nie do wytrzymania... i znowu dopięli swego. Żeby jednak wywiązać się jakoś z obietnicy danej działaczce, przysłano mi do Wronek oficera, który jako warunek wypuszczenia mnie zażądał ni mniej ni więcej, tylko podpisania współpracy z nimi. Co to, to nie powiedziałem: . Wyśmiewał mnie. Też mi bohater! Woli siedzieć tutaj i żreć buraki pastewne, podczas gdy biskupi zajadają szynkę.

Zostałem dalej w więzieniu we Wronkach wśród tych , które mi zgotowano. Nie zezwalano na żadne ulgi. Ciepła bielizna i sweter leżały w depozycie, a ja marzłem w mroźnej celi. Nabawiłem się reumatyzmu i dziczałem w samotności. Przez cały czas pobytu w więzieniu tylko raz pozwolono mi napisać podanie o coś, czego bym sobie życzył. Poprosiłem o brewiarz. Oddziałowy śmiał się wtedy do rozpuku. Ale ja swoje wiedziałem, brewiarz potrzebny mi był właśnie po to, żeby nie zwariować. Po zawarciu między rządem i Kościołem w 1950 roku zrobiło się odrobinę lżej, chociażby przez to, że pozwolono mi na siedzenie z innymi księżmi. Kiedyś udało mi się dostać skrawek jakiejś gazety, w której był tekst "Porozumienia". Nauczyłem się na pamięć interesujących mnie paragrafów i bardzo mi się to przydało. Walczyłem bowiem dalej jak lew o to, żeby szanowano we mnie osobę duchowną.

Pewnego razu stałem w kolejce po przysłaną mi paczkę, w której były komunikanty i wino mszalne. Oddziałowy, podając mi paczkę z obleśnym, ohydnym uśmieszkiem zaczął mówić, co by zrobił z jej zawartością. We mnie jakby piorun strzelił. Spojrzałem na stojących obok mnie młodych akowców: Roberta Markosza i Adama Legutkę, i huknąłem: Oni odruchowo wyprężyli się jak struny, oddziałowy osłupiał, a ja powiedziałem dobitnie: Przestraszyłem faceta nie na żarty, zaczął mnie przepraszać. Nawiasem mówiąc, zdarzył się potem wypadek, że któryś z ubeków dostał 3 lata za bluźnierstwa. Mówił mi o tym ks. A. Stępień z ATK, z którym się w więzieniu przyjaźniłem.

W końcu okazało się, że mimo całej mojej więziennej niedoli miałem także trochę szczęścia. Wyszedłem ostatecznie rok wcześniej w 1953 roku. Przy wyjściu zażądali ode mnie, jak to było w zwyczaju, podpisania oświadczenia, że nie wyjawię nic z tego, co tutaj przeżyłem. Mowy nie ma, żebym coś takiego podpisał powiedziałem. To nie wyjdziecie odpowiedziano mi. A było to akurat 22 lipca (to z tej okazji robili <łaskę>), a ja miałem napisane w papierach, że jestem wolny od 21 lipca. Powiedziałem, więc, że się poskarżę, że mnie przetrzymują i nic im nie podpisałem, musieli mnie wypuścić.

Kiedy znalazłem się na tzw. wolności i zacząłem pracę duszpasterską, miałem następującą przygodę. Toczył się proces Kurii Krakowskiej i w związku z tym zjawił się u mnie pewien z propozycją, żebym złożył podpis pod deklaracją potępiającą sądzonych księży. Wpadłem w gniew i porwawszy ze ściany ciupagę wykrzyknąłem: Uciekał, aż się za nim kurzyło...

Tak to wszystko wyglądało. No cóż... Jaśniejszą stroną moich więziennych wspomnień jest świadomość tego, że udało mi się, korzystając z pomocy ludzi dobrej woli, w tym niektórych strażników, odprawić co najmniej 100 Mszy św., spowiadać licznych współwięźniów i nieść im duchową pociechę. I Bogu za to niech będą dzięki, a wszystkim którzy mnie torturowali i wielokroć tak bardzo poniżali - przebaczam. Niech im Bóg okaże swoje nieskończone miłosierdzie."

Untitled Document
CZĘŚĆ I
URZĘDOWO-INFORMACYJNA

Akta Stolicy Apostolskiej

Akta konferencji Episkopatu Polski

Akta Biskupa Tarnowskiego

Dekret

Z życia diecezji

Godności - zwolnienia - nominacje - inne

CZĘŚĆ II
FORMACYJNO-PASTORALNA

Opracowania